Wraz z końcem ciepłego, całkiem przyjemnego maja, przychodzi czas na kolejny, kalendarzowy miesiąc. Zgodnie z aktualnymi prognozami, czerwiec ma być wyjątkowo upalny - przewiduje się temperatury powyżej 30 stopni - oraz deszczowy. Na mieszkańców czeka ponadto cały tydzień dość gwałtownych burz. Połączenie niekoniecznie najlepsze, jak i niekoniecznie mile widziane. Tak to już niestety bywa o tej porze roku i trzeba jakoś przeżyć tych 30 dni. Na szczęście tutaj, w południowej części stanu Alabama, ludzie już dawno temu zdążyli przyzwyczaić się do takich warunków pogodowych. [więcej]

19.07Na forum pojawiła się informacja dla aktywnych użytkowników. Zachęcamy do zapoznania się!

07.07Nowe ogłoszenie od administracji.

30.06Weź udział w Pokazie Talentów, uczcij należycie Dzień Czekolady oraz spróbuj wygrać konkurs jedzenia hot dogów na czas!

30.06Zaktualizowano ranking fabularny, pojawiło się nowe tło fabularne oraz zadania od Mistrza Gry.

19.06Rozpoczął się właśnie kolejny event. Zainteresowanych powitaniem lata zapraszamy tutaj.

14.06Administracja forum opublikowała wyniki oraz nagrodziła zwycięzców plebiscytu South Stars.

Noel Shelton

I felt my existence was tainted, in some subtle but essential way.

26 y/o179 cm Cedar Avenue
Awatar użytkownika

upiór ze spalonego teatru

chyba kocham tylko siebie

i wolę o tym nie rozmawiać

w south haven od
Od zawsze, z przerwą
Post post by Noel Shelton (16 czerwca 2020, 02:31)
Słowo na P.
Kiedyś ta przywara była jak kara śmierci. Walter i jego koledzy nazywający go tak w szkolnej szatni i uderzający jego głową o metalową szafkę. Mała, podłużna blizna na skroni. Walter widział te słowo jako chłopaka, który miał za dużo koleżanek, za delikatną twarz, za bardzo lubił teatr i wiersze na angielskim, a za mało futbol, w który zresztą nie potrafił grać. Już nigdy nie rozebrał się w szatni, na widok pryszniców chciało mu się wymiotować.
Ojciec syczący te słowo przez zęby, prowadzący do fryzjera, gdzie pierwszy raz obcięto rude loki prawie przy skórze głowy. On widział je jako swojego syna, który za bardzo dbał o swój wygląd, za często patrzy w lustro, płacze na polowaniach, kiepsko jeździ konno, daje się bić, nie śmieje się z żartów kolegów ojca o prostytutkach i zdradzaniu żon. To przez twoją matkę, ubiera cię jak lalkę, za bardzo się nad tobą użala, znalazłem dla ciebie szkołę wojskową. Cała noc płaczu i krzyków, walenia pięściami w drzwi pokoju. Nigdy tam nie pojechał, bo nauczyciele przekonali ojca, że syn straci w ten sposób szansę na ligę bluszczową. Już nigdy nie pozwolił ściąć włosów tak krótko, stawał się wtedy brzydki - miał odstające uszy.
Anthony wypowiadał te słowo okrutnie i ostro, dysząc w jego twarz śmierdzącym oddechem złożonym z resztek wódki i mocnych papierosów bez filtra. Klepał go po policzku, przyciskał ciałem do ściany, kiedy Noel stał sparaliżowany. Myślałem, że lubisz w dupę, Shelton? - kpiący głos Henry’ego. Dla nich te słowo oznaczało młodego mężczyznę, który bał się ruszyć, który sam tego chciał, zasłużył sobie, ktoś powinien mu to zrobić, może odechce mu się być małym pedałem, kiedy Anthony przyciśnie jego twarz do drzwi łazienki i zdejmie spodnie tylko do połowy. Już nigdy nie odwrócił się do nikogo tyłem i nie pozwolił nikomu zrobić tego, o czym opowiadał tamten nieświętej pamięci mężczyzna.
Próbował więc je sobie zabrać - to było jego słowo. Będzie nim, będzie słowem na p jeżeli tego od niego chcą. Pozwoli je pisać pod swoim imieniem i będzie wszystkim tym, czym oni uważają, że powinien być. Będzie spędzał za dużo czasu przed lustrem, pachniał Black Orchid, chociaż ta ładna dziewczyna w Bloomingdales będzie mu powtarzała z dziesięć razy, ze to raczej kobiecie perfumy, będzie nosił jedwabne koszule, bał się fryzjerów, wojska, futbolu, męskich szatni i dużych facetów po czterdziestce odwracających go do siebie tyłem. Pozwoli im się zdefiniować. To będzie jego słowo zbudowane z ich wyobrażeń.
A jak widział je ten młody facet, który jeszcze przed sekundą warczał je ostrzegawczo? Ten o przystojnej twarzy, trochę podobnej do równej twarzy Laytona lub symetrycznie rzeźbionego profilu Waltera. Ten, który jeszcze przed chwilą chuchał Cyrilowi na szyję swoim pełnym pożądania oddechem. Ten, który wyobrażał sobie pewnie już, że zabierze go do jakiegoś hotelu, może tego samego, gdzie Noel będzie spał sam (bo już na pewno nie z Willem) i ściana w ścianę będzie wydawał Cyrilowi rozkazy - rozbierz się, odwróć, klękaj - nigdy nie spyta o zgodę i czy wszystko jest w porządku, nie zrobi mu kąpieli, nie zmieni pościeli, nie zasną w swoich objęciach; gdy będzie mdlał, pozwoli mu rozbić sobie głowę, gdy krew poleci z nosa - zaśmieje się okrutnie. Ten facet, dla którego Cyril był przedmiotem i Noel widział to w sposobie, w jaki na niego patrzy, w jaki ściska jego nadgarstek, w jaki stoi i w jaki mówi. Ten facet. Ten gnój.
Ten, który wiercił się i irytował, patrząc jak Noel odgradza ich od siebie. Chyba coś ci się uroiło. Jemu coś się uroiło - uroiło mu się, że jest w dobrym miejscu, w dobrym czasie, choć było zupełnie inaczej.
- Wątpię - skwitował tylko.
Ale przecież był już blisko, tak blisko twarzy Cyrila, że mógł w tej ciemności przerywanej mętnymi światłami, sprawdzić, czy każdy element jego twarzy, o której Noel myślał w każdej sekundzie życia, dalej był na swoim miejscu. Każdy pieprzyk i każda rzęsa po kolei. Policzyłby je.
Theo. Oczywiście, że tak. Uśmiechnął się do niego znów - szczerze i uroczo, bez grama zaczepności lub złośliwości, którą sprzedawał co jakiś czas temu facetowi.
- Theodore. Podoba mi się - szepnął więc w bliskie ucho, bo tym razem to nie były słowa dla ich trzech - tylko dla ich dwóch. - Ty mi się podobasz - jeszcze ciszej, usta były bliżej, szept drżał coraz mocniej, zapach jego skóry stawał się nieznośnie intensywny. Oczywiście, że mu się podobał, choć to za płaskie słowo. Pasowało do sytuacji, nie pasowało do jego uczuć. Czy ich towarzysz zauważył ten szept i to, że oparta o ogrodzenie ręka przesuwała się bliżej, tak blisko, by dotykać ramienia chłopaka większą powierzchnią. Musiał, bo znalazł się obok, kilka kosmyków gładko uczesanych włosów opadło teraz na czoło, oczy zmrużyły się lekko. Zadał Cyrilowi pytanie - bardzo słuszne pytanie - a Noel przyglądał się mu uważnie, nie odsuwając się nawet na milimetr. Wciąż miał uniesione brwi i ten sam pełen wyższości uśmiech, który przeznaczał specjalnie dla nieznajomego. Policzek dotknął jego nosa i przez ciało przeszła krótka fala prądu - szybka, prawie niewyczuwalna, ale cudownie chłodna. Znał ją, kochał ją, chciał więcej. Nawet jeżeli Cyril teraz nie chciał żeby koleś spierdalał - Shelton nie drgnął nawet, wyraz twarzy się nie zmienił, dystans nie powiększył. To nie była prawda, po prostu się bał, prawda? Nie chcesz go tu z nami, nie chcesz nikogo z nami, chyba, że miałby być tylko jakimś głupim dodatkiem do naszej gry.
Rudy? Noel nie powstrzymał krótkiego, kpiącego uśmiechu. Otwierał już usta, pochylał głowę, rzucał papierosa na ziemię, przydeptywał butem, ale wtedy odezwał się Cyril. Tak więc wypierdalaj Robert, nikt cię tu nie chce. Wzrok przeniósł się na profil chłopaka, wargi bardzo delikatnie musnęły płatek ucha, który był teraz przecież tak blisko, że nie pocałowanie go byłoby grzechem, za który rodzice grożą piekłem. Robert - cholera, Robert - bardzo szybko skrócił jednak ten ich moment swoim ostrym, jadowitym śmiechem i zbyt nagłą bliskością. Noel nie chciał go blisko i nie chciał go blisko Cyrila, dla niego był teraz śmieciem, równym petom na ziemi tej palarni. Jego dłonie zacisnęły się na noelowych ramionach i pchnęły, odrzuciły go kawałek do tyłu, odsuwając od tego jedynego człowieka, przy którym chciał teraz stać. Zachwiał się lekko, odzyskując równowagę, a te obrzydliwe słowa lejące się z obrzydliwej twarzy obślizgłego, ładnego studenciaka ze stanowego uniwersytetu, rozchyliły lekko usta Sheltona, ściągnęły brwi. Te słowa były jak jakiś wyjątkowo śmierdzący rzyg ćpuna w klubowej toalecie i Noel marzył, żeby twarz, która je wypowiadała roztrzaskała się teraz na murze.
Jest przećpany jak pizda.
JA za niego zdecyduję.

Nie będziesz za nikogo decydował, ty kupo gówna.
- Słuchaj, chłopaczku - syknął więc, a jeden krok skrócił dystans, który Robert stworzył między nimi swoim pchnięciem. Twarze były blisko, a ta Noela była napięta w determinacji. Nie był nawet pewien, czego miał słuchać, słowa nie układały się już w głowie, zamiast tego dłoń ułożyła się na jego karku i szarpnęła mocno, pchając go na ogrodzenie, zaraz obok Cyrila. Uderzył w nie skronią i zachwiał się lekko. Był zły, był wściekły i podwijał już rękawy koszuli, więc Noel rozłożył jedynie ręce z wyzywającym uśmiechem. Zgromadzeni na palarni klienci klubu, którzy dotychczas zajęci byli całkowicie swoimi przyziemnymi sprawami - swoimi przyjaciółmi, swoimi kochankami, swoimi papierosami - zwrócili w ich stronę część swoich nietrzeźwych głów (czy Will nadal tu był?). Oto bowiem zaczynało się przedstawienie - Noel znał się na przedstawieniach - a Robert z wściekłym wyrazem twarzy rzucał się w jego kierunku. Shelton spodziewał się chyba tylko rozmachu i uderzenia w nos, czegoś, co łatwo byłoby oddać lub udaremnić. Zamiast tego jednak ciężar przygniótł go do ziemi, zaraz koło nóg jakiejś grupy dziewczyn, których obcasy mogłyby teraz przebić mu głowę na wskroś, przez oczodół. Upadek nie był tak bolesny, jak mógłby przypuszczać, choć potylica uderzyła w beton, a ręce faceta, który siedział na jego biodrach, uniemożliwiając wstanie, zaczęły zdawać trochę chaotyczne, ale mocne ciosy. Zdążył wymierzyć może z pięć, przed dwoma Noel nie zdążył się zakryć, bo rzucał się i uparcie próbował wydostać, kolanem uderzając w jego kręgosłup, więc zabolała szczęka i ramię. Wszystko działo się cholernie szybko, to były może sekundy, jakiś krzyk i czyjś śmiech, Łokieć Sheltona mocno uderzył w nos Roberta. Ten krzyknął jakieś przekleństwo, przyłożył dłonie do twarzy, stracił panowanie nad sytuacją, więc Noel wypchnął lekko biodra i zrzucił go z siebie, wykrzywiając twarz w złości i bólu, którym rwała jeszcze dolna część twarzy. Mężczyzna opadł na bok, twarz miał we krwi - Shelton znał ten ból, wiedział, że nie jest wystarczający i że facet zaraz wstanie i rzuci się na niego znowu. Gwałtownie podniósł się z ziemi, choć przez chwilę był pewien, że upadnie, bo zakręciło mu się w głowie. Trzeba było działać szybko, zanim ich szanse znów się zrównają. Tak więc kopnął go z całej siły w brzuch, a Robert zwinął się na sekundę, po czym znów próbował wstać, znów planował pewnie jak go uderzyć, ale Noel - przesiąknięty adrenaliną, nienawiścią i wspomnieniami ostatnich momentów, kiedy ktoś uderzał go i pluł mu w twarz - przykucnął przy nim szybko, złapał za włosy i uderzył jego głową w betonową podłogę. Zorientował się, że sam miał twarz dziwnie rozluźnioną, kiedy dziewczyna stojąca obok krzyknęła coś o ochronie, tak więc poderwał się na nogi, akurat wtedy, kiedy ochroniarz, który jeszcze niedawno darował mu jego dzisiejsze imię przed wejściem, trzaskał drzwiami.
- Co do chuja?!
Shelton odwrócił ku niemu twarz - niepokojąco spokojną, uśmiechniętą. Robert podnosił się powoli z ziemi - był wściekły, blady, miał krew pod zsiniałym nosem i świeżą ranę na czole. Ochroniarz przesuwał spojrzeniem z jednego na drugiego i już wiedział, rozumiał, a co najważniejsze - poznawał Noela.
- Kolega się potknął, dość nieszczęśliwie - wytłumaczył więc, a ręka sięgnęła do kieszeni spodni.
- Czyżby? Mam nadzieję, że nikt nie podłożył mu nogi, bo tego tutaj nie tolerujemy.
Uśmiech. Noel prychnął głośno. Ochroniarz zdążył podejść do nich, więc Noel zdążył podać mu dłoń z dwoma banknotami zwiniętymi między palcami, tak by nikt nie zobaczył, ani goście ani kamery, choć wszyscy przecież wiedzieli. Obrzydliwy facet - wyrzucał z łazienek zaćpane dzieciaki, czasem dotykając ich zbyt intensywnie, przyjmował łapówki od zarozumiałych facetów, którzy chcieli wymigać się od kłopotów. Gardził nim, ale był też wdzięczny, bo nie chciał wylatywać - tu był Cyril. Cyril za którego dostał w szczękę, ale za którego dałby się pociąć nożem. Nie było jednak noża - Robert stał przy nim nieuzbrojony, krwawiący i zły jak cholera. Ochroniarz odwrócił się do niego, klepnął w policzek, zaśmiał gardłowo.
- Następnym razem uważaj jak chodzisz, kolego. Podłoga tu bywa śliska.
Minęło kilka sekund, ochroniarz zniknął za zatrzaskiwanymi drzwiami, ludzie wrócili do swoich pijanych żyć głodnych klubowej muzyki, papierosów i obcych ust, a Noel uparcie przyglądał się ranie na czole Roberta.
- Spierdalaj. Spierdalaj i odwal się od Cy...Theo.

@Cyril Meyer
Multikonta: Lottie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Cyril Meyer

Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

19 y/o175 cm Main Street
Awatar użytkownika

kelner w The Bridge

Nędznie się czuję, daj mi spokój.

Twa maszyneria to dla mnie zbyt wiele.

w south haven od
urodzenia
Post post by Cyril Meyer (16 czerwca 2020, 23:59)
Słowo na p zawsze było gdzieś w tle i Cyril bardzo starał się, żeby na nie nie zapracowywać. Gdy był mały, odbijało się echem od ust rodzeństwa, a gdy poszedł do szkoły - rówieśników. Przez długi czas Meyer nie potrafił rozgryźć jego znaczenia, bo przecież używano go w każdej sytuacji: kiedy ktoś zajął ci miejsce na stołówce, kiedy zabrał długopis bez pytania, kiedy kopnął w kostkę albo krzywo się spojrzał. Tak więc przez jakiś czas Cyril był pedałem, ale to nie miało żadnego znaczenia, bo w gruncie rzeczy nie obchodziła go opinia kilku sfrustrowanych dzieciaków, skoro reszta go lubiła. Aż wreszcie stało się i musiał kiedyś wpisać to w internet, i musiał kiedyś znaleźć rzeczy, których wolałby nie znajdować, i przeczytać przepełnione nienawiścią wypowiedzi, które chyba zostawiły w głowie jakiś ślad. I od tamtej pory to chyba było trochę gorsze, trochę bardziej stresujące, trochę mocniej wzdrygał się, kiedy ktoś nazywał tak jego albo kogoś obok, trochę sztuczniej śmiał się, kiedy tym, kto wyzywał był Tim albo któryś z pozostałych, mniej ważnych kolegów. To przecież nieważne, to przecież nieważne. Pamiętał jak przed pójściem do liceum grupa starszaków zagroziła, że spuści mu głowę z kiblu za tę pedalską koszulę. Cyril pomyślał, że nie była wcale pedalska, była po prostu kolorowa, inni chłopcy też nosili kolorowe rzeczy, co było w tym wszystkim takie złe?
Mówili o nim bystry dzieciak, ale im mocniej wchodził w ten jakże szlachetny okres dorastania, tym bardziej czuł się głupi i niedomyślny. Wszystkie emocje kumulowały się w środku, wrzay i kotłowały, żeby raz na jakiś czas wybuchnąć. Każdy wydawał się rozumieć lepiej i wiedzieć więcej, choć to Cyril dostawał najwyższe noty na wypracowaniach i najlepsze referencje od nauczycieli. W środku zamknął zbyt wiele rzeczy - odpalił lont, odrzucił zapałkę, ale nie miał dokąd uciec, więc stał po prostu na tej odliczającej sekundy do wybuchu minie w oczekiwaniu aż rozsadzi się, rozrywając na strzępy wszystko to, co znał. Nie był na szczęście sam. Miał Tima i miał mamę, a to powinno w zupełności wystarczyć do tego, żeby nauczył się wreszcie myśleć tak jak inni, rozumować w bardziej swobodny sposób, nie doszukiwać się we wszystkim podprogowego zagrożenia. Ale najwyraźniej nie wystarczyło.
Był już dorosły, choć mógł jeszcze udawać, że to nieprawda, to nic nie znaczy, bo przecież może dalej robić głupie rzeczy i zrzucać odpowiedzialność na cudze barki. Mógł i robił to z najszczerszą przyjemnością, szukając w tym ucieczki od rzeczy, które były milion razy trudniejsze i bardziej pogmatwane, od tego całego syfu, który podduszał go od środka, ściskając krtań w najmniej odpowiednich momentach. I robił to po to, żeby poczuć się jak wszyscy inni, jak ci, którzy nazywai go pedałem i ci, którzy spijali z jego szyi pocałunki, i ci, których częstował marihuaną w zamian za kilka buchów odpalonego już przecież papierosa. I chociaż lubił się wyróżniać, i lubił chodzić w za dużych i zbyt kolorowych ubraniach, i lubił mieć w pamięci całą treść Manifestu, i lubił zbyt często patrzeć w chłopięce oczy, to czasem chciał móc na moment to odsunąć, zawiesić, odciąć się stanowczo bez równoczesnego poczucia, że oszukuje samego siebie. Bo choć lubił kłamać i grać w swoje głupie, szczeniackie gry, to okłamywanie siebie było zbyt ciężkie, zbyt męczące.
Czy to robił właśnie teraz, kiedy zamglone spojrzenie zezowało delikatnie na stojącą obok posturę Noela, której nie umiał ogarnąć zbyt mocno zwolnionym i zagraconym umysłem? Czemu tu jesteś, co tutaj robisz, skąd tu przyszedłeś, czy wiedziałeś, że tu będę? Czy przyszedłeś tutaj dla mnie? Czy chciałeś mnie spotkać, dlatego tu przyszedłeś? Dlaczego podszedłeś? Nie podszedłbyś, gdybym nic nie znaczył, prawda? Nie jesteś tak okrutny. Twarz jednak nie wyrażała niczego ponad głuchego zobojętnienia, z padającym koślawo pod kątem cieniem dezorientacji, z lekkim drżeniem dolnej wargi i pulsującymi powiekami. Zapominał o mruganiu, oczy szkliły się i wysychały, a potem musiał nadrabiać zamykając je i otwierając gwałtownie, kilka razy pod rząd. I za każdym razem bał się, że kiedy znowu uchyli powieki, Noela już nie będzie i spełni się najgorszy koszmar - zniknie, tak jak znikał za każdym razem, tak jak rozpływał się w innych narkotycznych wizjach, tak jak spełzał z twarzy facetów - czasem bardzo a czasem wcale do niego niepodobnych, będących bzdurnymi zapychaczami, które nie znały się na poezji, ale za to z pewnością nie pomyliłyby Ariany Grande z jakąkolwiek pisarką - tak jak wychodził z kuchni, zostawiając go z Madison, jak brał Alfiego na smycz i zatrzaskiwał za sobą drzwi, choć przecież obiecał nie odchodzić. Próbował wbić sobie w głowę, że to nieważne, to cholernie nieważne, Noel już nie był ważny, powinien przestać o nim myśleć, powinien pozwolić Garrethowi odciągnąć się od niego, powinien kazać mu spierdalać - oschle i beznamiętnie, tak jakby to nic nie znaczyło, choć przecież znaczyło wszystko, przenosiło góry.
Theodore. Ten uśmiech - zbyt słodki, żeby być dla niego i zbyt bezpośredni, żeby mógł uwierzyć w jego szczerość. Noel nie powinien się tak uśmiechać, powinien unosić kpiąco brwi lub obrzucać go spojrzeniem pełnym zażenowania, które Cyrilowi wydawało się zupełnie zrozumiałe. Patrz, czym stajesz się, gdy nie możesz uczepić się niczyjego rękawa; patrz, czym jesteś bez Tima i teraz też bez Noela; patrz, kim jesteś teraz, kiedy zostałeś zupełnie sam i mdlejesz częściej niż kiedyś, w brudniejszych i bardziej obskurnych miejscach. Czy Shelton to widział? Czy widział ten każdy gram niepewności, czy widział cały ten brud i brzydotę, które tak szczelnie go teraz oblepiły? Czy widział, jak bardzo był żałosny (Cyril - to wiadomo) i że teraz faktycznie rysował wszystko kredką, trzymaną ciasno niczym w niezgrabnej ręce Kluski, dla której różowy wciąż był czasem zielonym, a serduszka nigdy nie przypominały serduszek? Czy widział, że gnił i rozkładał się, że ciała było coraz mniej, a dusza dyszała w ziemię serią ostatnich tchnień, odurzona zbyt często mieszanymi używkami, dotykiem cudzych rąk, robiących rzeczy, których wcale nie lubił kolejnymi seriami zbyt szczerych słów, krzyczanych przez ukochane usta i syczanych żarliwie przez pijanych mężczyzn, szarpiących go za mocno za włosy i uderzających czasem, w akompaniamencie wdrażających się w mózg epitetów?
Garreth nie wyglądał na jedną z tych osób. Miał przyjemną aparycję, był postawny i na pewno dobrze zbudowany, ale z jego spojrzenia nie chlastały przemocowe ogniki, za którymi Cyril szedł czasem w pełni świadomie, chcąc w ten sposób ulżyć swojemu własnemu cierpieniu. Nawet teraz, kiedy Meyer skupił się całkiem na ramieniu Noela, przysuwającym się trochę bliżej i na szepcie, który łaskotał przyjemnie ucho, twarz mężczyzny wyrażała raczej odpowiednią dozę zbicia z tropu, względnie przybierającej z każdym momentem na sile frustracji. Ale powoli, powoli, przekucie jej we wściekłość nie nastąpiło raptownie, a było skumulowaniem wielu łaskoczących nerwy czynniki, zaczynając na słowach Noela, które kłuły dokładnie tam, gdzie powinny, poprzez fakt, że znajdował się za blisko Cyrila, który miał przecież należeć się jemu, kończąc na tej teatralnej manierze i bijącej ze spojrzenia złośliwości, której Garreth po prostu nie mógł ścierpieć.
Nic więc dziwnego, że w końcu miarka się przebrała.
A Meyer po prostu stał. Płatek ucha pamiętał jeszcze muśnięcie noelowych warg, a nadgarstek uścisk palców nieznajomego mężczyzny, który na przedramieniu tej samej ręki którejś z przeszłych, odległych nocy, zdecydował się zostawić swój numer. Ten sam, który Cyril zdzierał do krwi pumeksem przed kolacją u Sheltonów, wcześniej jednak zapisując go na liście kontaktów, od niechcenia, z planem usunięcia przy okazji najbliższego czyszczenia telefonu. Teraz myślał o tym, myślał o tym, że tak, faktycznie, naprawdę mógł zadzwonić i mógł poprosić Garretha o to, żeby się pojawił, mógł zrobić to wszystko zupełnie nieświadomie, mógł umówić się z nim na ten wieczór jeszcze wtedy, zanim telefon odmówił mu posłuszeństwa. Myślał o tym, trybiki obracały się powoli, a głowa mężczyzny uderzyła z hukiem o ogrodzenie, tuż przy nim. Na moment skrzyżowały się spojrzenia - Cyrila: puste i pozbawione wyrazu i Garretha: rozpalone i pełne złości, która wstąpiła w niego nagle, bo nie spodziewał się chyba po tym rudym pedale takiego zdecydowanego ruchu. A potem wszystko ruszyło dalej, mężczyzna nic nie powiedział, pochłonęły go myśli o Sheltonie, o Deanie, o tym samym rudzielcu, wokół którego krążył teraz Meyer, otaczając go wianuszkiem niewypowiedzianych pytań.
A wtedy Garreth zaatakował, powalając Noela, przewracając go na ziemię, dociskając do podłoża, a Cyril poczuł jak drętwieją mu nogi, jak w ten narotykowy, otumaniający błogostan wkrada się cień lęku. Palce jednej ręki oplotły się wokół wybrzuszenia na płocie, druga uniosła lekko, wzrok próbował nadążyć za tą sceną wyrwaną z dantejskiego piekła, kiedy na jego oczach bito się - nie, nie bito, to Noel się bił i bił się dla niego, a to było ważne i docierało do Cyrila powoli, rozciągając się na granicach niedowierzania i świadomości absurdu całej tej sytuacji. Powinien mu pomóc, powinien dopaść do Garretha, odciągnąć go od Sheltona, szarpnąć za te zbyt rozbudowane i symetryczne ramiona, być może uderzyć w za równy nos tą bardziej sprawną dłonią, lewą - wciąż bolesną i sztywną - przytrzymując go za włosy, żeby nie wywinął się nigdzie i nie zrobił więcej nikomu krzywdy. Nikomu. Nie, prawdę mówiąc to nie było ważne. Niech po prostu nie krzywdzi więcej Noela, bo Cyril czuł na sobie każde to uderzenie, umierał szybciej, kiedy cudza nienawistna pięść bezcześciła jego ukochaną twarz, w dodatku z tak błahego powodu.
Powinien, ale nie zrobił tego, bo zanim zdążył uczynić choćby krok w stronę okładającej się dwójki, Shelton zdążył odzyskać panowanie nad sytuacją, wymierzyć Garrethowi kopniaka w brzuch, uderzyć głową o beton. Meyerowi zrobiło się niedobrze. Ktoś krzyczał coś o ochronie, pokonany mężczyzna przez chwilę jeszcze zwijał się na ziemi z bólu, kiedy Noel już stał na nogach, już sięgał ręką do kieszeni, już szykował się na sprzedanie ochraniarzowi gadki, w którą ten z pewnością nie uwierzy. Cyril tylko stał, wpatrując się głupio w Sheltona, tak pięknego i tak pewnego siebie, z włosami rozczochranymi potyczką sprzed chwili i słowami gładko układającymi się na języku. A Garreth podniósł się z ziemi, dyszał ciężko, rozzłoszczony odprowadzał spojrzeniem bezużytecznego ochroniarza, a wreszcie słuchał z pulsującym złością wzrokiem krótkiego nakazu wydawanego przez Noela i wiedział już chyba, że nie ma wyboru, że przegrał, że dał się przyszpilić do ziemi rudemu pedałowi, że dał zbyt dużą porcję narkotyku chłopakowi, który wcale go nie zadowoli, że wszyscy zgromadzeni na palarni teraz suną po nim spojrzeniem z niemą pogardą, wymalowaną na twarzach. To koniec, musiał się poddać.
- Pierdol się, kurwa - wysyczał, wbijając wzrok prosto w noelową twarz, choć w tej obrazie przebijała się gorzka nuta desperacji. Oczy odnalazły zamglone źrenice Cyrila. - I ty też się pierdol. - I ty, i ty, i jeszcze tamten z tyłu, a teraz idę powiedzieć mojej mamie. I chyba faktycznie poszedł, oddalił się, fukając pod nosem, drapiąc się po karku, krzywiąc na ból pulsujący w skroni. Meyer nie wiedział czy wrócił do klubu, czy wplątał gdzieś w zbity na palarni tłum. To nie było ważne, bo teraz potrzebował tylko twarzy Sheltona. Ręka zsunęła się z płotu, wzrok prześlizgnął wzdłuż nosa mężczyzny, zatrzymując się na ustach, Słodkich ustach, których tak bardzo chciał posmakować tamtej nocy przy placu zabaw, kiedy się poznali.
- Co tu robisz, Dean? - Co za głupie pytanie do zadania w miejscu takim jak to. Chciał teraz mieć go bliżej, ale wciąż nie mógł się ruszyć. Wpatrywał się w niego uparcie, jak przez mgłę, próbując ocenić, dlaczego wciąż tu jest, dlaczego nadal nie odpuścił, dlaczego stał teraz przed nim, zdecydowanie za daleko, kalecząc go tak okrutnie, otwierając stare rany, grając w stare gry. - Co zrobisz pewnego dnia? - głos zachwiał się gwałtownie, ale to nic. Noel przecież dobrze wiedział i Cyril też dobrze wiedział.

@Noel Shelton
Multikonta: nie mogę znieść samego siebie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Noel Shelton

I felt my existence was tainted, in some subtle but essential way.

26 y/o179 cm Cedar Avenue
Awatar użytkownika

upiór ze spalonego teatru

chyba kocham tylko siebie

i wolę o tym nie rozmawiać

w south haven od
Od zawsze, z przerwą
Post post by Noel Shelton (17 czerwca 2020, 12:02)
Wygrał i cieszył się z tego zwycięstwa jak nastolatek po bójce. Wygrał, a Robert przegrał, choć początkowo wydawało mu się chyba, że szanse na to są nikłe, bo rudy pedał nie był ani od niego wyższy, ani większy, ani głośniejszy, nie wyglądał groźniej, nie wyglądał na kogoś, kto spędza południa na siłowni i często wszczyna bójki w okolicznych barach. Wygrał, a facet z zakrwawioną twarzą, która nie była już tak przystojna i zadbana, wyrzucał z siebie rozchwiane przekleństwa - desperackie próby wyjścia na powierzchnię. Wygrał, a więc to Roberta kpiące spojrzenia odprowadzały do drzwi.
Nie wiedział co wygrał - może honor. Może spojrzenie Cyrila spływające teraz po jego twarzy, z nosa do ust. Chcesz mnie pocałować? Może jego głos, może jego pytanie.
Co tu robisz, Dean?
No właśnie, co tu robisz, Dean? Czego szukasz?
Czy jesteś jeszcze Noelem? Noel często bywał w takich miejscach. Kiedyś w Nowym Jorku, pracował przecież tutaj - kilka długich lat, przez które nauczył się robić popisowe drinki Vina, opierać się na blacie przy najładniejszych i najchętniejszych oczach, które zdołał dojrzeć, wymieniać z Madison porozumiewawcze spojrzenia i rozsypywać fetę na tackach na zapleczu, rozdzielać kreski bezlimitową kartą od ojca, wciągać je przez zwinięte bilety metra. Wtedy szukał lepszego życia. Szukał ręki, która wciągnie go jeszcze głębiej w te powierzchownie piękne i kolorowe życie, jakiegoś starszego reżysera z siwym zarostem, który zostawi żonę dla dwudziestokilkuletniego studenta, da mu angaż, będzie dzielił z nim apartament przy Central Parku, chwalił się nim przy bohemie swoich znajomych - młodym, ładnym, pełnym życia. A Noel będzie żył w tym wymarzonym świecie wielkich słów i drogiego wina pitego przy marmurowych blatach, będzie chodził w garniturach od Saint Laurenta, rozbijał się po teatrach, brał dobre narkotyki i udzielał tragicznie przegadanych wywiadów, których nikt nie potrafił doczytać do końca. Ale tamten facet nie zostawił dla niego żony, chociaż rozbierał go na łóżku zaraz koło jej zdjęcia z dziećmi. Potem był profesor z NYU - lubił trójkąty z nim i z Maddie, nie miał żony, miał partnera, którego też nie zostawił, ale zostawił swój numer i czasem się odzywał, a Noel czasem wysyłał mu swoje prace. Zadzwonił ostatnio, wieczorem - przenoszę się do UCLA, na wydział filmowy, zastanawiałeś się może nad tym?
Nad tym, nad niczym - nie zastanawiał się wcześniej, bo wcześniej był Cyril i wszystko kręciło się wokół niego. I praca w szkole w South Haven była wystarczająca, bo była blisko niego, bo mógł odbierać go po drodze do domu i spać z nim w jednym łóżku. Ale teraz Cyrila znów nie było i może się zastanawiał. Może powiedział to profesorowi. Może on obiecał, że się odezwie. Bo UCLA był daleko i tam mógł zapomnieć.
Prawda?
Nie, nie mógłby. Poszedłby do klubu, zobaczył go przy ogrodzeniu. Co tu robisz, Cyril? Czekam na ciebie. A wtedy może zorientowałby się, że jest pijany, a młody chłopak, do którego mówi imieniem Meyera śmieje się głośno - jesteś popierdolony.
Ale teraz, kiedy na niego patrzył, bolała go każda część ciała. Nie od uderzeń i wygranej przed chwilą bójki - od wyrzutów sumienia i od żalu. Żadne z uczuć nie straciło na mocy, przybyło tylko kilka tych złych, tych bolesnych. Jesteś śmieciem, Noel, jesteś jak Robert z głową rozbita o beton. Zostawiasz go przy pierwszej niedogodności. Bo cię zdenerwował? Nieważne. Bo cię uderzył? Co za różnica, jesteś silniejszy, starszy, podnieś głowę, przełknij dumę, jeden siniak i zbity obojczyk, przestań być pizdą, mogłeś mu wtedy oddać, a potem przytulić - wyrównałbyś rachunki. Ale uciekł, trzasnął drzwiami, zostawił go samego z Madison. Zostawił, choć obiecał nigdy tego nie robić, obiecał być wciąż z nim, kochać go i być blisko, czekać na niego, chronić go. Żadnej z tych rzeczy nie potrafił zrobić, nie potrafił spełnić żadnej z tych obietnic. Bo nagle życie stało się ciężkie, a on okazał się być tchórzem. Znowu. I nie zasługiwał na Cyrila. Dobrze, że go wtedy uderzył, mógł to zrobić mocniej, mógł rozbić naczynie na jego głowie, przeciąć mu gardło kawałkiem szkła. Jestem dla ciebie za dobry, Noel - za mądry, za piękny, za wyjątkowy.
Więc co tu robisz, Dean?
- Szukam cię, Theo - powiedział cicho, kiedy oczy powoli odnajdywały wzrok Cyrila. Rozszerzone źrenice, drżąca warga - co on mu dał? Co zrobisz pewnego dnia? Zakuło. Pewnego dnia wrócę do Nowego Jorku - powiedział mu wtedy. To nie była prawda. Pewnego dnia z tobą będę i zapomnimy o wszystkim, znowu nazwiesz mnie Noelem a ja ciebie Cyrilem. Ale dziś byli kimś innym i dlatego wolno im było robić rzeczy, których robić nie wypada. Dlatego Noel - Dean podszedł bliżej, bo dystans piekł go w skórę i chciał być zaraz obok niego, chciał go dotknąć mocniej, dłużej. I zrobił to - przycisnął go ciałem do tego ogrodzenia, udo znalazło się między jego nogami, czuł jak oddech unosi jego klatkę piersiową. Jedna ręka opierała się łokciem o ścianę muru zaraz obok głowy chłopaka, druga wsunęła się pod ciężki materiał kurtki. Każdy element Cyrila - Theo był teraz taki ważny, więc Noel stał tak jeszcze chwilę, zbierając jego oddech na swoje usta, wpatrując się uparcie w jego wargi. Chciał go pocałować. - Muszę się napić - powiedział zamiast tego i powoli odsunął się od niego, powoli wysunął ramię spod kurtki, powoli cofnął głowę. Okropne uczucie, znów zabolało. - Chodź. - Złapał jego rękę, ściskając szczupłe palce w swojej dłoni z knykciami zdartymi po zetknięciu się z szorstkim betonem. Ciągnął go w tłum, który rozsuwał się lekko, kiedy Noel ramionami torował im drogę do drzwi. W środku było duszno, ciemno i głośno. Klubowe światła przesuwały się po tragicznie niegustownych ścianach i meblach, z których Noel śmiał się czasem, kiedy Mat, Layton i Milo zaciągali go tu po kilku godzinach picia tequili w barach. Bas przechodził z podłogi do stóp, rozchodził się po ciele, przyprawiał o gęsią skórkę, drażnił oddechy. Ludzie kłębili się gdzieś wokół nich, kiedy ciągnął go za rękę przez parkiet. Jakaś dziewczyna ze śmiechem wpadła na niego, jej włosy dotknęły jego twarzy. Dużo bodźców, Shelton musiał skupiać się mocno, żeby wyodrębniać te najważniejsze - dłoń Cyrila, blat baru, który nagle znalazł się zaraz obok nich, głos barmana. Rzucił coś szybko - wódkę z tonikiem i wodę, mam otwarty rachunek. Było już na nim kilka shotów i rum z colą dla Willa.
- Tu jesteś.
Will.
Zjawił się zaraz obok, stając się nagle wierzchołkiem trójkąta Noel - Cyril - ktoś. Zawsze ktoś. Shelton wbił w niego chyba lekko zdziwione spojrzenie. Był pewien, że Will odpuści, szybko wróci do koleżanek, wypije kolejnego drinka, znajdzie inną nową miłość. Przyglądał mu się bardzo uważnie - jego młodej, łagodnej twarzy z zaokrąglonymi rysami, włosom w lekkim nieładzie, rozpiętej koszuli, kilku bransoletkom na przegubie dłoni. Will był odległy - był jednocześnie po i przed Cyrilem. Był kilkoma pocałunkami, szukaniem elementów Meyera w jego drobnej postaci. Ale znów tu był, trochę bardziej podpity, z zaczerwienionym, zadartym nosem i równie zaczerwienionymi ustami. Jego dłoń wciskała coś do kieszeni spodni Noela. Chciał już pytać, o co chodzi (głupie pytanie), ale Billie mówił - nietrzeźwo, chwiejnie, z sennym uśmiechem na ustach.
- Mój numer - no tak. Karteczka w kieszeni. - Nie zdążyłem się spytać jak… - przerwał, jego nietrzeźwy wzrok powędrował na chwilę do Cyrila. Nie dokończył. Jak masz na imię. Oczy wróciły do twarzy Noela. - W przyszły czwartek mam wernisaż w Marnée's i gdy-gdybyś przyszedł, to...to moglibyśmy porozmawiać...nie wiem, o poezji albo o winie. Albo o t-tobie i o mnie, mógłbym cię narysować...masz taką twarz, kojarzysz mi się z Dorianem Grayem, ale nie lubię malować olejami - słowa lały się z niego gładko i marzycielsko, przerywane co jakiś czas zająknięciami. Noel otworzył usta. Chciał coś powiedzieć, ale nie był pewien, co, bo chłopak był pijany i chyba trochę zauroczony, łatwo byłoby teraz zrobić mu krzywdę i wysłać prosto w ramiona jakiejś głupiej decyzji. A obok był Cyril - ta enigmatyczna postać dzisiejszej nocy, którą chciał mieć jak najbliżej.
- Lubię wernisaże - bezpiecznie. Czy będzie? Wątpił, choć nic nie było wykluczone i Will o tym wiedział, bo uśmiechnął się lekko i wyciągnął rękę, żeby dotknąć palcami jego przedramienia. Powinieneś iść do domu, Billie - kolejne słowa zaczynały układać się na języku, ale chłopak znowu zdążył przed nim:
- Ja...nigdzie się nie wybieram, więc gdybyś chciał - głos załamał się krótko. - Gdybyś chciał, to mnie znajdź, gdzieś na parkiecie albo… - znów nie dokończył, chyba zgubił myśl. Proponował mu seks i Noel wiedział doskonale, że teraz próbował prześcignąć się z Cyrilem. Gdybyś chciał, to mnie znajdź. MNIE. A dzisiejszy Theo stał teraz tak blisko, pachnąc sobą i drżąc lekko od narkotyku, kiedy dzisiejszy Dean przesuwał rękę bliżej niego, tak by wierzch dłoni mógł dotknąć jego uda.

@Cyril Meyer
Multikonta: Lottie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Cyril Meyer

Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

19 y/o175 cm Main Street
Awatar użytkownika

kelner w The Bridge

Nędznie się czuję, daj mi spokój.

Twa maszyneria to dla mnie zbyt wiele.

w south haven od
urodzenia
Post post by Cyril Meyer (17 czerwca 2020, 16:53)
Cyril nie mógł być pewny, kim był Theo. Czy był po prostu wersją Cyrila, która nigdy nie poznała Noela, czy może wersją Cyrila po Noelu, która istniała wyłącznie dla niego, czy po prostu wersją Cyrila, której Noel na szczęście nigdy nie poznał; tą, która włóczyła się późnymi nocami po ulicach i klubach Mobile, udając uwielbienie do dźwięków i zapachów wielkiego miasta, tą snującą wyobrażenia o jakiejś bliżej nieokreślonej rewolucji, bo tylko coś naprawdę dużego i gwałtownego, tylko prawdziwy przewrót i zachwianie starym porządkiem świata, mogło przecież przecież zmienić to, jak wyglądało i wyglądać miało jego życie. Bo chociaż mniej lub bardziej wątpił w istnienie czegoś takiego jak przeznaczenie czy fakt, że egzystencja ludzka jest podyktowana i ściśle określona jakimś konkretnym planem, w ciągu ostatnich tygodni świat wydawał się próbować przekonać go do tego, że się mylił. Nie możesz z dnia na dzień porzucić siebie, nie możesz z dnia na dzień zrezygnować ze wszystkiego, co do tej pory cię określało. Nie możesz nagle przytulać się w wannie i przyjmować oświadczyny, które były tylko żartem, tylko głupią kpiną. Nie możesz tak żartować i nie możesz tak grać, po powrót do życia potem boli bardziej.
Dlaczego więc teraz, kiedy znów zderzył się z Noelem, ze swoim zakazanym owocem, z tym, który oszukał go i pozwolił myśleć, że należy się mu miłość i wyłączność, i kochanie, znowu dawał się prowadzić, znowu zgadzał się na granie w te pieprzone gry, znowu wstrzymywał oddech, gdy czuł jak ciało Sheltona napiera na niego, przyciskając do ogrodzenia. Musiał pamiętać, musiał uparcie raz po raz przypominać sobie, że to nie Noel, nie Noel, tylko Dean, Dean, którego mógł spotkać na papierosie i skłamać, jeśli tylko miał ochotę, którego mógł pociągnąć za sobą do łazienki, który mógł pchać mu palce za materiał spodni równie swobodnie, jak pozwalał dłoni na wdzieranie się pod materiał dżinsowej kurtki. Dean mógł być podobny, niektórzy byli podobni, Dean w podobny sposób trzymał papierosa, ale już dawno go zgasił i to było już nieważne. Teraz Dean po prostu był blisko. Szukałem cię, Theo. Co za żałosna gadka na podryw, Dean, ale Theo ją łyknie, Theo ją łyknie, bo przecież chce tylko spędzić kilkanaście przyjemnych minut u czyjegoś boku i chce tylko zapomnieć o rzeczach, które martwiły go na co dzień, chce tylko zapomnieć o ostatnim zjedzonym posiłku, dawno temu, ale nadal piekł go w gardło i przełyk. Teraz miał zapomnieć o Garrethcie, wyobrazić sobie, że przeminął, teraz miał być dla Deana, tylko Deana, dla jego piegowatego ciała, które znał tak dobrze, choć miał udawać, że nie; tylko dla ciała, nie dla duszy, bo Dean nie chciał jego duszy i Theo dobrze o tym wiedział, ale przecież wcale mu to nie przeszkadzało - przecież właśnie po to tu przyszedł.
Spojrzenie, wciąż zamglone, wciąż odrobinę nierozumne, ale najwyraźniej takie już miało pozostać tej nocy, lustrowało uważnie jego twarz, ciało poddawało się jego bliskości, usta szykowały na pocałunek, w którym nie było miejsca na uczucia, poza najczystszą formą pożądania i drobnej dawki łaknienia poczucia ważności. Nie długoterminowej, ale tej krótkiej, nietrwałej, tej tylko na parę sekund między kolejnymi aktami fizyczności, których domagały się ciała. Rozluźnił się, zimne wargi czuły na sobie gorąco jego oddechu, chciał zrobić to pierwszy - chciał pierwszy dać mu ten pocałunek i zrobić to w taki sposób, żeby udowodnić mu, że to nic nie znaczy, to tylko pusty gest, mogli być tutaj razem i to nic nie znaczyło, nie musieli się kochać, mogli być przygodą, mogli być momentem, który w klubie połączył dwie osoby, zbyt odległe i dynamiczne, żeby mogły być razem w świecie poza tą ułudą, wykreowaną przez kogoś chytrego i rozciągniętą na terenie Lure, jak pułapka łapiąca w siebie niewinne ofiary. Był jednak wolny, zbyt wolny, żeby przewidzieć, że ten, który dzisiaj był Deanem, tak jak Noel lubił odsuwać się od niego zbyt szybko, lubił drażnić go zbyt dużym dystansem, tak sztucznym i tak niepotrzebnym, ale jednak - muszę się napić. Więc pójdą się napić.
Palce mężczyzny chwyciły jego dłoń, a Cyril poczuł jak jego ciepło przenika przez skórę do tkanek i narządów. To ten narkotyk, dopalacz, cokolwiek, ta substancja, na pewno, pomyślał, choć był prawie pewien, że to nie to tak na niego działało. Odpychał od siebie tę myśl, tak jak ramiona Deana odpychały od siebie tłum. Drzwi palarni skrzypnęły - znowu byli w środku. Duchota uderzyła w niego ciężko, poczuł jak gniecie go w płuca. Oddech na moment stał się jeszcze płytszy; musiał się przyzwyczaić. Chłód wieczora został gdzieś za nimi, palce wciąż miał skostniałe z zimna, ale odniósł wrażenie, że na czole skraplają się pojedyncze kropelki potu. Może więcej niż pojedyncze, ale nie wiedział, zresztą to nie było ważne. Blat baru. Zaczepił się o jego krawędź wolną ręką, choć wcale nie było mu tak bardzo słabo, ustałby chyba bez tej drobnej asekuracji, ale nauczył się na przestrzeni ostatnich dni, żeby nie ufać przesadnie swoim ocenom. Zbyt wiele siniaków nabił już, przewracając się lub opadając zbyt ufnie na przedmioty i ludzi, którzy wcale nie byli na to przygotowani. A teraz nie chciał upadać, bo nie był już Cyrilem, tylko Theo. Theo. Ta myśl powracała do niego jak bumerang, ale to dobrze - nie mógł dać jej odejść. Dean złożył zamówienie, a Theo oparł podbródek na wnętrzu dłoni, podpierając się łokciem o blat baru i już miał zadać jakieś naiwne pytanie, jedno z tych, które padały zawsze w stronę kolesi, z którymi kręcił na co dzień w klubach, ale wtedy pojawił się ktoś trzeci, ktoś obcy. Tu jesteś.
Wysłuchiwał tych chwiejnie wytaczanych przez chłopaka słów wpół świadomie, pod koniec już w ogóle tracąc orientację w tym, co mówił. Wiedział, że przyszedł tu do Noela, wiedział chyba, że wcisnął mu numer do kieszeni, a najmocniej na świecie wiedział, że gdybyś chciał, to mnie znajdź było bezczelnie rzuconym wyzwaniem. Z tym możesz tylko stać ciągle przy barze, ale gdybyś chciał, to mnie znajdź i ja się tobą zajmę. Cyril nie chciał, żeby ktokolwiek inny zajmował się Noelem, a Theo nie mógł odpuścić kąska, od którego zaraz miał wyciągnąć drinka, a potem pozwolić mu robić, co tylko będzie chciał, dopóki będzie robił to z nim, a nie z tą… przybłędą z wielkimi marzeniami o wernisażach i głębokich rozmowach o poezji. Cyrilowi zrobiłoby się go szkoda, bo znalazłby w nim cząstkę siebie, tą niepewną i zagubioną, ale Theo mógł tylko wlepiać w niego swoje nieprzytomne spojrzenie i czuć dłoń Deana muskającą udo, a to był dowód.
- Gdyby chciał to ma mnie - powiedział tylko, na tyle głośno, żeby przebić się przez dudniącą muzykę i mieć pewność, że adorator jego towarzysza na pewno go usłyszy. - Nikt nie przyjdzie na żaden pierdolony wernisaż. Idź, może ktoś inny zlituje się trochę i wyrucha cię porządnie w kiblu, jak poprosisz. - To wszystko wypowiedział tak zimno i beznamiętnie, niemal robotycznie, aby potem jeszcze przez zbyt długi moment wbijać spojrzenie w jego smutniejącą, rumianą twarz. Miał to w dupie. Szczerze i beznamiętnie go to nie obchodziło. Mógł iść teraz płakać, mógł iść podciąć sobie żyły - może chociaż jemu by się to udało - mógł położyć się na torach albo iść uprawiać niebezpieczny seks z najbardziej obrzydliwym typem, jaki tylko się napatoczy. Ważne, że barman wrócił do nich i postawił na blacie dwie szklanki: wódkę Deana i wodę… że niby dla niego? Wzrok, które teraz już zupełnie porzucił posturę Willa, przemknął szybko wzdłuż piegowatej twarzy, żeby zaraz powrócić do barmana.
- I jeszcze ten drogi, niebieski drink ze śmieszną słomką, wiesz o czym mówię. - Musiał wiedzieć - to jeden z tych napitków, które bogaci panowie kupowali swoim utrzymankom, bo nikt normalny z pewnością nie zostawiłby tyle moment w klubie, na rzecz jednego drinka. - Też na tego pana. - Ale przecież to też już wiedział, już odchodził, żeby przypadkiem ten pan nie zdążył zaraz anulować zamówienia. Cyril chyba wiedział, że nie powinien teraz pić i chyba dlatego właśnie, przekornie, po swojemu, zdecydował się na zamówienie jakiegoś gówna. Bo Noel nie miał nic do powiedzenia, bo Noel tego wieczora nie był Noelem, tylko Deanem, a Deana nie powinno obchodzić to, co stanie się z przypadkowym Theo, poznanym w nocnym klubie. Niezależnie od tego czy nadal mieli przyjemność stać tutaj drętwo w towarzystwie tamtego chłopaka (w oczach Cyrila zupełnie wmieszał się w tłum, stając się częścią jakiejś zbitej masy), podparł się wygodniej na ręce, palce jednej ręki spijały ciepło z policzka, a kciuk drugiej wyznaczył drogę wzdłuż żuchwy mężczyzny.
- Znalazłeś mnie i co teraz? Co chciałbyś zrobić, Dean? - Oczy bezmyślnie lustrowały jego tęczówki, szukając w nich odbicia swojej wymizerniałej i zbyt chudej twarzy. Dłoń zjechała niżej, na szyję, a potem opuszki palców przejechały wzdłuż krawędzi kurtki. Czy widzisz to, Noel? Czy widzisz już, że jesteś dla mnie tylko obcym ciałem, do którego mogę przylegać równie ciasno, jak do każdego innego? Czy widzisz już, że to wcale nieważne, co stało się tamtego dnia w twoim domu, to nieważne, bo już dla siebie nie istniejemy, dostaliśmy inne imiona i inne życia, wykreowane na potrzebę przeniknięcia do tego klubu. I jego odurzony umysł chyba wreszcie to poczuł, chyba poczuł tę grę, chyba bolesna świadomość, że to wszystko jedno wielkie kłamstwo, została zepchnięta gdzieś pod spód. Jasne, że powróci - powrócą myśli, które teraz blokował i powróci żal, któremu narkotykowy błogostan nie pozwalał ulotnić się ze środka. Powróci, ale to jeszcze nie teraz, teraz był bardzo nietrzeźwy, bardzo zdesperowany i bardzo gotowy, żeby odegrać każdą rolę, którą przygotuję dla niego No… Dean. Bo nie było już Noela.

@Noel Shelton
Multikonta: nie mogę znieść samego siebie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Noel Shelton

I felt my existence was tainted, in some subtle but essential way.

26 y/o179 cm Cedar Avenue
Awatar użytkownika

upiór ze spalonego teatru

chyba kocham tylko siebie

i wolę o tym nie rozmawiać

w south haven od
Od zawsze, z przerwą
Post post by Noel Shelton (18 czerwca 2020, 03:06)
Zastanawiał się, kim był Dean - ten prawdziwy. Ten, którego nazwisko widniało na liście gości, ten, którego tożsamość została mu oddana za sto dolarów. Nie brzmiał na miłego gościa, Dean zawsze wydawało mu się być ostrym imieniem. Krótkim, ale w inny sposób niż Noel - Noel długo układało się na języku, zmuszało do przeciągania sylab. Dean było krótkie, przebiegało szybko, pędzone pijanym głosem. Brzmiało tak, jak pachniały męskie żele do kąpieli i tania whisky typu Jacka Danielsa. Tak więc Noel już na pierwszy rzut oka do niego nie pasował, ale nim był - teraz nim był. Nawet jeżeli po klubie kręcił się właśnie prawdziwy Pan Cartman - może jakiś adwokat z pobliskiej kancelarii, z cofającą się linią włosów i umięśnionymi ramionami, a może młody facet robiący więzienne tatuaże w którymś z niezbyt renomowanych studio w Mobile, jeden z tych, którzy zawsze bardzo podobali się Sheltonowi - z krótko ściętymi włosami, wytatuowanymi szyjami i ładnymi kościami policzkowymi. Mógł być nawet gościem, który przyszedł tu zdradzać przyszłą żonę na jakimś głupim wieczorze kawalerskim, którego instytucją Noel zawsze gardził. Jakże płynnie myśli przenosiły się z tematu na temat - Dean, wieczór kawalerski, ślub Waltera i Leslie, majowy ranek, majowy wieczór.
Cyril.
Cholera.
Musiał potrząsnąć lekko głową, zacisnąć powieki. Nie było Cyrila - był Theo. Theo, którego nie kochał, który nie zajmował wszystkich jego myśli, którego twarz nie budziła go w nocy swoim nagłym wspomnieniem. Theo. Piękny chłopak, z piękną twarzą i pewnie pięknym ciałem pod tą kurtką, koszulką i spodniami. Naćpany równie mocno jak Dean był pijany, a może nawet bardziej. Bliski w najpłytszy ze sposobów - w taki, w który bliska jest osoba, z którą wynajmujesz pokój na godziny w jakimś cholernym motelu. Nie w ten, w który bliski był Cyril, bo Cyril musiał przestać istnieć, musiał przestać być częścią jego życia. Noel musiał wyrzucić sprężynowy nóż, wepchnąć manifest na najwyższą półkę, wyprać pościel, w której razem spali, żeby pozbyć się każdego wspomnienia o nim, każdej cząstki jego zapachu, każdego odcisku palca, także ze swojej skóry.
Więc Theo nie mógł być Cyrilem. Theo był ładny i chętny. Wzrok, który w niego wbijał był obojętny i chłodny, ale cały przecież pachniał pożądaniem i Noel (Dean?) wiedział o tym, bo znał ten zapach zbyt dobrze. Teraz musiał przestać myśleć o jego duszy, musiał zacząć myśleć o tym, jak bardzo chciałby ściągnąć z niego ubrania, ile cudownych rzeczy mógłby z nim robić, ile razy ciało mogłoby unosić się i upadać, ile jego ciężkich oddechów mógłby zebrać na swojej skórze. Czy można było kogoś takiego sprowadzić do kategorii przedmiotu? Chyba tylko jeżeli zrobią to jednocześnie, żaden z nich nie mógł być słabym ogniwem, żaden nie mógł czuć więcej. Za dużo.
Gdyby chciał, to ma mnie. A przecież chciał. Bardzo chciał.
Prawy kącik ust uniósł się znacząco. Chciał i miał. I Will - chociaż uroczy, był teraz niepotrzebny. Bo nie musiał już szukać w nikim elementów Cyrila, nie chciał już tego robić, chciał tylko bawić się z Theo, grać w tę skomplikowaną grę, której zasad ten poznany godzinę temu chłopak nigdy by nie zrozumiał. I dlatego z nim nigdy nie byłoby tak dobrze. Więc wynoś się, mały, przyjdę na ten wernisaż, jeżeli Theo nie zechce już nigdy się spotkać, a ja dalej będę potrzebował czyjegoś ciepła. I chociaż teraz on potraktował cię oziębło i okrutnie, a ja zaśmiałem się na to krótko i pokręciłem z rozbawieniem głową, ty i tak ucieszysz się, kiedy przyjdę, i tak z chęcią zabierzesz mnie do siebie - bo ja na pewno nie zabiorę cię do swojego domu, to miejsce dla mnie i Cyrila. Więc już nikogo tam tak po prostu nie wpuszczę - szczególnie kogoś, o kim niedługo zapomnę.
- Dzięki za numer - powiedział jednak, przenosząc spojrzenie na Willa, którego twarz poszarzała trochę, kiedy dochodziły do niego słowa Cyrila. Widział jak uchylają się jego usta, ale nie był na tyle odważny i na tyle pijany, żeby odeprzeć atak. - Dziś jestem zajęty, ale dam znać - dodał jeszcze, przechylając lekko głowę, a uśmiech, który wymalował się na jego twarzy tymi olejnymi farbami, był wyjątkowo słodki i kontrastował ostro z sytuacją. - W porządku?
Oczy i usta chłopaka otworzyły się szerzej, był zbity z tropu, trochę smutny, trochę pijany. A mimo to pokiwał głową - za gwałtownie, zbyt wiele razy, wciąż uparcie wpatrując się w twarz Noela. Kurde, Deana. A może kiedy pojawi się na tym wernisażu - jeżeli w ogóle się pojawi - będzie już Noelem. W końcu Will nic nie znaczył, więc jego imię też nic nie znaczyło. Billie zdawał się zrozumieć chociaż częściowo, w jakiej sytuacji się znalazł, a przynajmniej zrozumiała to ładna dziewczyna z ciemną grzywką, której bardzo krótka tenisowa spódniczka wyglądała niczym koszmar jego matki, bo znalazła się blisko, chichocząc, ciągnąc chłopaka za ramię i pijanym głosem mówiąc coś o papierosie. Jej spojrzenie nie zatrzymało się nawet na towarzyszach jej kolegi. Pociągnęła go do palarni, zabrała z ich świata. Więc znowu byli sami - sami w zatłoczonym klubie
Kiedy szkło uderzyło o blat, głowa Sheltona odwróciła się znów do Theo - towarzysza tego wieczoru, który miał najwięcej do zaoferowania, a Noel, wychowany w kapitalistycznej rodzinie, w której pieniądze uważano za wartość równą przerażającemu bogu, był świadom tego, że opcja z największymi korzyściami zawsze była opcją najrozsądniejszą. Zyski i straty - przy Theo niczego nie tracił. Przy Cyrilu tracił zmysły i zdrowy rozsądek, przy Willu mógłby stracić cierpliwość. Theo był zbudowany z przyjemności i uroczej, podniecającej zaczepności, która zamawiała najdroższego drinka na rachunek tego pana, choć nie powinien był pewnie pić, a Noel (Dean!) chyba przywykł do grzecznych dziewczyn i chłopaków, które czekają na propozycję i rumienią się lekko. A więc zaśmiał się znów, znów krótko i trochę złośliwie, znów kręcąc delikatnie głową i machnął od niechcenia ręką w stronę barmana. Zrozumiał, bo oddalił się w głąb baru, więc Noel chwycił szklankę z alkoholem i wypił kilka łyków. Wykrzywił lekko górną wargę, zmarszczył nos, zamknął oczy na ułamek sekundy. Za takie gówno, Vin rozbiłby mu tę wódkę na głowie, ale to nic. Przynajmniej głowa będzie lżejsza, a to było teraz tragicznie ważne. Równie ważne jak kciuk sunący wzdłuż jego żuchwy, a potem w dół - po szyi, przenosząc się na krawędź kurtki, okrutnie odrywając się od skóry. Przez tę chwilę patrzyli sobie w oczy, ale to nie było te miłosne spojrzenie, którym obdarzali siebie jeszcze niedawno, gdzieś w innym świecie, w innych ciałach - Dean i Theo nie mieli powodu żeby patrzeć na siebie z miłością. Mogli patrzeć na siebie z propozycją, z wyzwaniem, z każdą brudną myślą, która rodziła się w nietrzeźwych głowach, odurzonych używkami i dusznością głośnego klubu. Co chciał zrobić? Głupie pytanie, płytkie pytanie, odpowiadanie na nie popsułoby całą zabawę. Przewrócił oczami.
- Jeżeli ci powiem, wszystko będzie za proste - odparł, a wypowiadając ostatnie słowa, przysunął się do niego bliżej. Dłoń dotykająca uda powędrowała kawałek w górę i ułożyła na biodrze, palce zacisnęły się lekko na materiale spodni. - Nie lubię prostych rzeczy, nudzą mnie - głos zabrzmiał lekkim, kpiącym wyrzutem. Nachylił się jeszcze trochę, tak by usta znalazły się blisko jego ucha, kiedy ta śliczna twarz podpierała się na dłoni. I była znów tak blisko, tak głodna jego pocałunków - wiedział to. Bo mógł jeszcze nigdy nie całować Theo, ale już wiedział, że kiedy to zrobi, usta chłopaka długo będą jeszcze szukać jego ust, nawet wtedy, kiedy będą ich dzielić kilometry oddzielnych istnień. - Pozwolę ci dochodzić do tego powoli. - Głowa odsunęła się gwałtownie, potem ciało, jedna dłoń chwyciła szkło z alkoholem, druga odepchnęła Sheltona od baru. Ruszył przed siebie. Bez słowa, bez znaczącego spojrzenia. Chodź za mną musiało wybrzmieć gdzieś w powietrzu, ale nie było wypowiedziane ani przez Noela, ani przez Deana - po prostu było. Chodź za mną, znajdę nam miejsce, gdzie nie będzie barmana, nie będzie Willa ani Roberta, będą tylko jacyś pijani ludzie, których nie będziemy obchodzić, bo oni są wszędzie i zawsze. Ale poza tym, będziemy tylko my i nasze głosy, i nasze ciała - bardzo blisko. I każda ta bliskość będzie przerwana gryzącym dystansem, chłodzącym skórę.
To taka zabawa.
Więc szedł, omijając ludzi z tą rudą, sheltonową gracją - po matce, to na pewno - która manierowała czasem ruchy i sprawiała, że był dobrym tancerzem, a raczej kiepskim bokserem (wyjątki od reguły zdarzały się w noce takie jak ta). Jedna ręka przerzuciła jeszcze włosy na prawą stronę twarzy, zanim wcisnęła się do kieszeni spodni, druga trzymała szklankę gdzieś na wysokości klatki piersiowej. Nie obrócił się ani razu, jeżeli Theo nie pójdzie za nim, nie będzie płakał. Płakał już za Cyrilem - częściej i dłużej, niż chciałby kiedykolwiek się przyznać. Jeżeli nie pójdzie za nim, on zgarnie z palarni Willa i zabierze go ze sobą we wszystkie miejsca, w które Theo nie chciał iść. I nie będzie miał żalu. Bo przecież tak naprawdę Dean go nie obchodził.
To taka gra.
Prowadzony czasem czerwonymi, czasem niebieskimi światłami lokalu i oczami mijających go ludzi, które rozbłyskiwały narkotykowym uniesieniem i drogim alkoholem, tłumiąc myślami dudniącą muzykę, która przestała mu przeszkadzać wraz z momentem, kiedy usłyszał jego głos, dotarł do jednej z kanap - tej pod ścianą. Chyba już tu był, chociaż te blade wspomnienia równie dobrze mogły pochodzić z kolejnego beznadziejnego klubu w okolicy. Wszystko jedno. Teraz było wszystko jedno, więc usiadł i poczuł jak część nagromadzonego ciśnienia ucieka z ciała. W tych cholernych lożach ludzie nigdy nie zostawali na długo, czasem zostawiali tylko portfele i szminki, częściej kieliszki, najczęściej zdrowy rozsądek i wysokie progi swoich wymagań. Dean (Noel?) odchylił głowę w tył, kostka jednej nogi oparła się o kolano drugiej. Wysokie progi swoich wymagań albo może wiarę we własne możliwości - to musiała stracić gdzieś tutaj dziewczyna siedząca naprzeciwko. Było ciemno, ale Shelton mógł spokojnie przyjrzeć się jej - ciemna karnacja, czarne włosy, duże oczy, duże usta, duży nos, gęste brwi. Obiektywne piękno. Koleś który siedział obok niej i kładł dłoń na jej kolanie miał z pięćdziesiąt lat i łysiejącą głowę. Obserwował to przez kilka sekund, uśmiechając się blado. Kwintesencja klubowej miłości.
Dlatego właśnie to, co mieli tej nocy z Theo nie mogło być miłością. I widział w jego chłodnych oczach, że on na to nie pozwoli. Bo teraz w pijanej głowie rodziła się myśl, że miłość może jest dla słabych i dla brzydkich. Dla pięknych, młodych i silnych ludzi jest pożądanie - bo ono niszczy tylko ciało, ale nie duszę. A piękne, młode i silne ciało wytrzyma więcej. Dusza natomiast rozpadnie się na małe kawałki, zagłodzi się, zapije, zaćpa. Będzie cierpieć i wyobrażać sobie, że rozbija się na drzewie. Nigdy nie zapomni.
- Co lubisz, Theo? - spytał w końcu, bo czuł przecież jego obecność, wiedział, że przyszedł za nim. Nie musiał patrzeć - nadal. Mógł patrzeć w przestrzeń nad głowami ludzi. Czująć po prostu jego ciało obok. Nie pomyliłby go z jakimkolwiek innym. Co lubisz - nie książki, nie filozofię, nie maliny i pomarańcze, nie swojego przyjaciela, psy i koty, filmy Pedro Almodovara. Co lubisz. To przecież tylko przeciąganie struny. Noel lubił to robić, a Dean wręcz uwielbiał. - Powiedz mi zanim zaczniesz mi pokazywać.

@Cyril Meyer
Multikonta: Lottie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Cyril Meyer

Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

19 y/o175 cm Main Street
Awatar użytkownika

kelner w The Bridge

Nędznie się czuję, daj mi spokój.

Twa maszyneria to dla mnie zbyt wiele.

w south haven od
urodzenia
Post post by Cyril Meyer (18 czerwca 2020, 13:05)
Kształty wydawały się bardziej miękkie i nie wyostrzały się nawet, kiedy przyjął przy barze stateczną pozycję. Dean był blisko, czuł jak jego dłoń muska udo i to było wystarczająco, żeby wiedział, że chłopaczek, który pojawił się znikąd, nie będzie żadnym zagrożeniem. Bo przecież w Deanie, choć wypierał to mocno i uparcie, żyła gdzieś cząstka Noela, nawet jeśli tą cząstką Noela miała być teraz tylko fizyczność. Mogło tak być, tak mu się podobało, tak było dobrze. Bez uczuć, bez emocji, bez szczeniackiego zauroczenia, które widocznie przytrafiło się tamtemu drugiemu z ciemnymi włosami, na których klubowe światła grały w zabawny sposób. Śmiech Deana sprawił, że jego usta też wykrzywiły się w czymś na kształt uśmiechu, trochę bezwiednie, zdecydowanie mimowolnie, bardzo niekontrolowanie. Cały miał małą kontrolę nad ciałem, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało. Wiedział, że Dean nie złapie go, gdy będzie upadał, ale może przytrzyma ciasno za ramię albo przynajmniej podniesie z podłogi, jeśli będzie miał w tym jakiś interes. Teraz pozwalał sobie chwiać się lekko, łokieć wbijał się w blat, spojrzenie odprowadzało wzrokiem barmana, ucho nadstawiało się, żeby wyłapać słowa, którymi mężczyzna spławiał tego niewiele znaczącego chłopaczka. W głowie zawitała kuriozalna myśl - był teraz ważniejszy, niż kiedykolwiek jako Cyril, bo był teraz ważniejszy od kogoś z boku, a przy Madison było inaczej, prawda? Więc teraz był ważniejszy, chociaż był brzydszy, naćpany i pusty, i patrzył na niego zobojętniałymi oczami, których spojrzenie przedzierało się przez kolejne warstwy materiału. Może tak naprawdę tęsknił tylko za tym; może tęsknił tylko za tym piegowatym ciałem, całym dla niego chociaż przez chwilę, może Noel mógłby być Noelem, a nie Deanem i to wszystko byłby równie proste?
Nie. Nie, bo z Noelem potrzebowali słów, dużo słów, bo żadne proste zaczepki nie rozjaśnią tego, co ich podzieliło, żaden rozochocony dotyk nie wytłumaczy goryczy i słabości, i wszystkich cieni tej relacji, które układały się na sobie piętrowo, kiedy oni byli zajęci budowaniem swojego małego królestwa. Jak dzieci. Wychodzili na plac zabaw, a w domu pijany ojciec uderzał matczyną głową o futrynę drzwi. Ale to już nic, to wszystko już minęło. Zbudowali związek na grach, więc teraz mieli okazję, żeby podobnymi grami pożegnać go raz na zawsze. Może tak miało być, może tak było lepiej? Może to był ich sposób, może mogli widywać się raz na jakiś czas w podobnych miejscach, mówić do siebie nowymi imionami i udawać, że spotykają się po raz pierwszy? Uprawiać seks, wychodzić bez pożegnania, porzucać się okrutnie kolejne razy, aż znienawidzą się tak mocno, że znowu będą mogli być sobą - Noelem i Cyrilem. I to już wtedy nie będzie bolesne.
Teraz też było błogo, ale Meyer już przestał być naiwny i wiedział, że to tylko dzięki tej podejrzanej mieszance narkotyków, przez którą źrenice się zwężały, oddech spłycał, kończyny wydawały się bardziej giętkie, a głowa pustoszała rozkosznie, niewrażliwa na Noela, którym pachniał Dean. Obserwował go jak upija łyki ze swojej szklanki, jak krzywi się nieznacznie. Cień złośliwego uśmiechu wypłynął na twarz. Burżujski dupku. Przewrócił oczami, a więc Cyril znowu na moment dostrzegł w nim Sheltona, ale to tylko na chwilę. Palce zsunęły się leniwie z kurtki, Dean zbliżył się bardziej, czuł jak jego ręka układa się na biodrze. Usta znowu nachyliły nad uchem, kiedy Meyer nie odpuszczał, wbijając w niego bezustannie spojrzenie - głodne wrażeń i coraz mocniej przyzwyczajające się do jego piegowatej twarzy, do jej bliskości, i do tych drażniących słów, które uderzały w niego, wymykając się przez uchylające się miarowo wargi. One najmocniej zbierały jego uwagę. U Noela to były oczy, bo oczy są zwierciadłem duszy, ale w Deanie nie liczyła się dusza, tylko gruby portfel i fakt, że w tym momencie pragnął go w ten najpłytszy z możliwych, bo fizyczny, sposobów. Cyril i Theo lubili to, oboje, choć ten pierwszy pozostawał skrzywdzony podniesionymi znienacka oczekiwaniami, a umysł drugiego pozostawał nadal pusty i otwarty, otumaniony i opóźniony używką tak mocno, że nie zauważył na początku tego, że mężczyzna odrywa się od blatu i rusza gdzieś w tłum.
Przez moment jeszcze wpatrywał się tępo w miejsce, w którym zniknął, a ucho i szyja czuły na sobie ciężar jego pijanego oddechu. Kolejne uderzenie w blat, które teraz w jego uszach rozbrzmiało jak huk. Oczy powoli odwróciły się w stronę barmana. Jest. Drink ze śmieszną słomką. Zapomniał już, że go zamówił, więc na jego widok zaśmiał się bezgłośnie, nawet nie podnosząc oczu na obsługującego go mężczyznę. Dopiero upijając pierwszy łyk z rurki (smak był dziwny, trochę gorzki, niezbyt dobry jak na drinka za kilkadziesiąt dolarów) zdał sobie sprawę z tego, że Dean naprawdę zostawił go i poszedł. Świadomość tego spłynęła po nim gładko, bo przecież nie był Noelem, który miał ciasno trzymać go w objęciach i pilnować na każdym kroku. Teraz Theo mógł zaczepić kogoś innego, może tamtego faceta w średnim wieku, który wbijał w niego spojrzenie tak intensywnie, że mógł wyobrazić sobie prawie jego dłonie na swoich biodrach, i palce rozpinające spodnie, żeby zsunąć je w dół. Mógł, ale wcale nie musiał, bo miał przewagę w tym, że ten jeden raz, pierwszy chyba od kilkunastu dni, to on decydował, choć w pobliżu czaiła się cała masa takich, którzy chcieli to zrobić za niego, zwłaszcza teraz, kiedy miał ograniczony kontakt z rzeczywistością i sączył leniwie zbyt drogiego drinka, wsparty desperacko o krawędź baru.
Mógł zostać, koleś w końcu by podszedł, od razu bardzo blisko, zaszedłby go od tyłu i przyparł do niego mocno ciałem, powiedziałby kilka obrzydliwych słów, więc Cyril dopiłby drinka i poszedłby za nim do łazienki, zupełnie już nie kontaktując. Wolał jednak zacisnąć palce na szklance i oderwać się od blatu. Spojrzenie przesunęło wzdłuż tłumu, ale nie musiał się zastanawiać. Dean nie odpuściłby go sobie tak łatwo, nie poszedłby do tamtego nadwrażliwego chłopczyka z wielkimi oczami i zamiłowaniem do bzdurnych wernisaży, kiedy mógł mieć jego. Miał jego, bo tego wieczora był już zajęty. Dlatego też chwiejnym i odrobinę niestabilnym krokiem, zaczął przeciskać się przez tłum. Oblał się drinkiem, zgarnął pocałunek od jakiejś przypadkowej dziewczyny - nawet go odwzajemnił, żeby zaraz ruszyć dalej, bo to nie było ważne, kurwa. Wiedział już, czego chciał i z jakiegoś powodu miał przeczucie, gdzie powinien szukać, a przeczucie także tym razem okazało się łaskawe.
Siedział tam, na kanapie. Nieopodal jakaś para, którą dzieliło dużo lat różnicy, wymieniała niepewne dotyki, tak więc Cyril ruszył w tamtym kierunku, owijając wargami słomkę, sącząc kolejny łyk, żeby w końcu leniwie ułożyć się na kanapie tuż obok. Nie dotykał go (jeszcze), ale znów podparł głowę na dłoni, tym razem wspierając się o oparcie kanapy, bo utrzymanie podbródka w górze nie było wcale takie proste, jak mogło się to wydawać. Mózg był ciężki, a mózg, w którym gnieździły się dwie osobowości, musiał być jeszcze ciężki, a naćpany umysł chłopaka nie widział w tym rozumowaniu żadnej biologicznej nieścisłości. Wbił uparte spojrzenie w jego profil, drink był jak napędowe paliwo, które upijał coraz szybciej. Zęby co jakiś czas przygryzały słomkę. Słuchał go, żeby w końcu uśmiechnąć się złośliwie, choć on przecież nadal na niego nie patrzył.
- Myślałem, że nie lubisz prostych rzeczy - trochę jak do dziecka przyłapanego na kłamstwie. Dłoń, na której wspierała się głowa oderwała się na chwilę, sięgnęła do jego włosów. Skupił uwagę na pojedynczym kosmyku, owijając go powoli wokół palca. - Nie jesteś w stanie zgadnąć, co lubię, tylko na mnie patrząc? - Skoro lubił się tak bawić, to dobrze, Theo będzie to ciągnąć, bo teraz mógł dać się wciągnąć w każdą grę, a poza tym też lubił mieszać - to była jego specjalność. Kolejny łyk, spijany powoli ze szklanki. W końcu ręka dzierżąca drinka sięgnęła do wyjątkowo odległego stolika, żeby odstawić go na jego blat. Jeszcze nie do końca wypitego, prawdę mówiąc zostało całkiem sporo, ale przecież były teraz do zrobienia ważniejsze rzeczy. Przysunął się bliżej, uda i kolana zetknęły się ze sobą, wzdłuż ciała przeszedł prąd. On nadal siedział do niego odrobinę bokiem, nadal wpatrywał się uparcie w jego twarz, dłoń zaplątana dotychczas we włosy wróciła na oparcie, żeby dalej podpierać głowę. Jednak ta, która przed momentem odstawiła szklankę, sięgnęła do policzka Deana, tego od drugiej strony. Kciuk przesunął się po nim leniwie. Głowa ułożyła się wygodniej na wewnętrznej części dłoni. Ręka zjechała z twarzy mężczyzny na klatkę piersiową, potem na brzuch i na podbrzusze, poczuł pod opuszkami teksturę paska. Palce zacisnęły się na nim na moment, twarz przysunęła bliżej do ucha towarzysza. - Możemy iść do łazienki i zobaczysz, czy dobrze myślisz - drżący lekko szept, wargi zjechały na moment na płatek ucha. Delikatne trącenie, zaczepne posmakowanie językiem. - A ja zrobię wszystko, co będziesz chciał, żeby było ci dobrze. - Ręka leżąca do tej pory na pasku zjechała niżej, otumanione spojrzenie rzucało w jego twarz wyraźne wyzwanie. Cień Noela zamigotał przed oczami, zamrugał szybko, żeby się go pozbyć. No dalej, Dean. Nie przegram z tobą w tę grę.

@Noel Shelton
Multikonta: nie mogę znieść samego siebie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Noel Shelton

I felt my existence was tainted, in some subtle but essential way.

26 y/o179 cm Cedar Avenue
Awatar użytkownika

upiór ze spalonego teatru

chyba kocham tylko siebie

i wolę o tym nie rozmawiać

w south haven od
Od zawsze, z przerwą
Post post by Noel Shelton (18 czerwca 2020, 18:15)
A więc przyszedł do niego, był tu - cały on. Cały tylko jego, nawet jeżeli nie chciałby tego przyznać głośno, bo może nie chciał być niczyj i nie chciał być własnością. I Noel też tego nie lubił, ale Dean - Dean lubił posiadać. Lubił, kiedy ktoś rozpływał się w jego ramionach, oddawał się i posłusznie wypełniał polecenia. A chyba jeszcze bardziej lubił - uwielbiał wręcz - kiedy ta istota, która miała być posłuszną, buntowała się i sprawiała problemy, kiedy mógł próbować przywoływać ją do porządku, a ona nie słuchała, bo nie była tak pokorna, jak mu się wydawało na początku, kiedy jeszcze grzecznie sunęła ręką po szyi i mówiła, że zrobi wszystko, żeby było mu dobrze. Noel dokładał do tych gier mnóstwo niepotrzebnej czułości i ładnych słów wplatających się w materiał pościeli. Ale Dean nie musiał, bo Dean był gorszy, bo Dean chciał tylko mieć i czuć i patrzeć - chciał się dobrze bawić. Chciał tego prądu, który przechodził wzdłuż ciała i ściskał przyjemnie podbrzusze.
Chciał Theo, tak? Cyrila nigdy by tak nie potraktował. Cyril był więcej niż ciałem i głosem. Dlatego bolał.
Był tu, ze szklanką z dziwnym alkoholem, któremu nie dałoby rady gardło burżujskiego gnoja, z resztkami czyjegoś błyszczyka na dolnej wardze, z głową wspartą o dłoń w tym samym rozleniwionym obojętnym geście, co przy barze. Takiego właśnie zobaczyłby go Dean, gdyby odwrócił ku niemu głowę, ale nie zrobił tego przecież - uparcie i bezmyślnie wpatrywał się w tłum na parkiecie. Ludzie zaczynali zlewać się w jedną masę wielobarwnych ubrań i błyszczących ciał, a palec Theo bawił się kosmykiem jego włosów. Krótki uśmiech rzucony w przestrzeń. Gdybym nie lubił trudnych rzeczy, nie byłoby mnie tutaj - bo jesteś trudny i uwielbiam tę trudność, chcę ją zrozumieć chociaż częściowo, przez tę jedną noc którą mamy spędzić razem. I spędzimy, bo domyślam się co lubisz - lubisz takich jak ja.
Deana i Noela, każdego trochę inaczej, każdego w innym miejscu i w innym momencie. Noel kiedyś go kochał - dalej go kurwa kocha - i mówił do niego wielkimi słowami i wiedział chyba, że gdyby Cyril tylko powiedział słowo, padłby mu do stóp; pijany, z wyrzutami sumienia. Noel był głupi i słaby, za szybko się zakochał, za wiele dał, za wiele wziął i wszystko bezmyślnie stracił.
Ale Dean był silny. Rozwalał głowę jakiegoś kolesia o beton i patrzył na Theo wyzywająco, bez pozwolenia przyciskając do ściany. Noel był już Deanem wiele razy, wiele nocy, choć wcześniej nie znał jego imienia. Dean na niego nie patrzył, dalej nie patrzył, choć chłopak przysunął się bliżej a zetknięcie nóg - ten mały gest, który w ich świecie wydawał się być równy podaniu sobie dłoni - okazało się być cholernie przyjemne. A potem ta ręka. Ta dłoń, te palce sunące po jego policzku, szyi, klatce piersiowej - uderzenie gorąca - brzuchu, podbrzuszu - kolejne - zatrzymanie się na materiale paska - dlaczego chcę żebyś rozpiął go zębami, tak jak...kiedyś pewnie, ktoś inny. Ktoś inny. W końcu przeniósł na niego wzrok i ten widok znów uderzył go mocno swoją wyjątkowością. Czy tylko Noel to widział? Czy Dean też? A Robert? Czy ktoś poza Noelem Sheltonem widział, jak koszmarnie piękny jest Cy...Theo (!). Jak idealnie ułożone są rysy jego twarzy, jak niespotykane są jego rozmarzone, teraz obojętne oczy, które często zachodziły mgłą, że ten nos przypominał nos Dawida, a usta były skrojone idealnie do długich pocałunków, przez które zupełnie zapominało się o oddychaniu. Czy teraz Theo był tylko jego odkryciem? Odkryciem Deana (i Noela), których żaden element nie zasługiwał na to, by kłaść dłonie - długie, trochę kościste palce przyozdobione biżuterią, brudne od papierosów i atramentu - na czymś taki pięknym i czy to właśnie dlatego Cyril nie był już częścią życia Sheltona? Czy wszechświat zrozumiał, że się pomylił i że nadszedł czas, by ukrócić te głupawe nieporozumienie, bo tak naprawdę Noel dostał przydział dwugodzinny do tej buzi i tego zapachu, potem musiał puścić je wolno. A jednak zachował go sobie na zbyt długo i teraz musiał pozwolić go sobie odebrać. Ale jeszcze nie teraz, nie w tym momencie - bo w tym momencie Theo przybliżał twarz do jego ucha, szeptał te uroczo przekorne słowa, dotykał językiem płatka, a Dean uśmiechnął się do siebie lekko. Mokry ślad na skórze był teraz w jego głowie zapewnieniem - będzie ich więcej, znów poza fakturę jego języka. Może nawet mocniej, dokładniej, bo teraz myśli nie będą krążyć wokół oddania i miłości - myśli będą szły za ciałem, zmysły będą wyostrzone. Wyostrzone tak jak teraz, kiedy dłoń chłopaka zjechała niżej i znalazła się między jego nogami. Uśmiech poszerzył się nieznacznie, wzrok odszukał jego oczy. Te słowa były takie proste i takie oczywiste - były czymś, co w takich miejscach słyszał często wypowiadane różnymi głosami w różnych tempach. Ale teraz uderzyło mocniej, bo poczuł cudowny ucisk w klatce piersiowej. Przez ten moment nie zwracał nawet uwagi na to, czy ciało reagowało - czy Theo mógł poczuć, że jego głos, jego bliskość i jego dotyk zaczynał podobać się za bardzo. A może właśnie w sam raz, bo ręka sięgnęła do twarzy chłopaka, palce objęły podbródek, przyciągnęły do siebie jeszcze trochę, tak że każde słowo mógł mruczeć prosto w jego usta. Usta, których nadal nie pocałował.
- To nie jest takie proste - było w zasadzie dziecinnie proste, ale ich gra była teraz ważniejsza i dawała chyba więcej przyjemności, choć ciało mówiło coś innego. - Może przywykłeś do gości, którym wystarczy obciągnąć w kiblu, ale ja mam trochę więcej finezji - w tym cichym, ochrypłym głosie nie było cienia kpiny czy wyrzutu. Przecież nie chodziło o niego, chodziło o nich. Dean nie był Noelem, ale nie był też prostakiem, nie był wulgarnym Robertem ani tym zdesperowanym czterdziestolatkiem przypatrującym się Theo uparcie, rozbierającego go wzrokiem, kiedy stali przy barze. Nadal był inny, nadal był dla niego lepszy od wszystkich tych agresywnych prostaków. Dla niego i dla siebie. - I ty też nie wyglądasz na takiego, którego by to zadowoliło, co, mały? - Znaczący, trochę rozbawiony uśmiech. Teraz te słowo, którym lubił irytować Cyrila, stało się też częścią Theo, chociaż wypowiadał je mniej słodko a bardziej protekcjonalnie. - Co nie znaczy, że nie podoba mi się ta wizja. - Dłoń trzymająca podbródek zsunęła się w dół, zbierając całą powierzchnią kształty ciała chłopaka - szyja, obojczyk, brzuch, szorstki materiał spodni, zimna skóra odkryta nonszalancko wyszarpaną dziurą. Wsunęła się głębiej - na wewnętrzną stronę uda i mocnym ruchem, rozchyliła nogi. - Może jako wstęp albo dodatek. - Oczy wciąż wbijały się w jego tęczówki, a usta wyginał lekki, wyzywający uśmiech, który miał mu towarzyszyć przez całą tę scenę. Bo to było wyzwanie. - Może zabiorę cię w jakieś lepsze miejsce, co ty na to? Obskurny motel jak z Psychozy czy raczej przesadnie elegancki, z wielką łazienką? - Dłoń powędrowała wzdłuż uda, do góry. Pod materiałem spodni, skóra między nogami musiała być cieplejsza niż na na ukrytym kawałku nogi. - Chociaż szczerze powiedziawszy, Mobile jest cholernie nużące… - słowa wybrzmiały dziecięcym, szczeniackim znudzeniem. Wargi wygięły się lekko. - Kiwnij głową, a zawołam nam taksówkę na lotnisko i złapiemy jakiś samolot na ostatnią chwilę. - I znów wrócił zaczepny uśmiech. Dłoń niechętnie posunęła znów do góry i wcisnęła się do połowy pod materiał koszulki. Skóra na brzuchu była chłodna i gładka. Theo był złożony z tych dwóch słów. - Bo wyglądasz jak ktoś, kto przyzwyczaił się do szybkiego seksu w brudnych łazienkach, ale z taką twarzą i takim ciałem zasługujesz na coś więcej, prawda? - Przechylił lekko głowę, nadal nie tracąc kontaktu wzrokowego. Przez tę delikatną zmianę pozycji, usta były tak blisko, że Noel (DEAN, cholera!) czuł już, że się stykają. - A ja lubię patrzeć na rozchylające się wilgotne usta i słuchać, jak ktoś błaga mnie o więcej - czy ten trochę niewyraźny szept miał szansę dostać się do uszu chłopaka? Czy miał szansę przebić się przez ostrą, dudniącą muzykę? Na pewno, bo teraz byli tylko oni. Znów w swoim świecie, choć tym razem zupełnie innym. Zimniejszym, bardziej szorstkim, cięższym. Mniej było słów, dotyk był inny.
Teraz to był świat Theo i Deana i chyba nawet Noelowi zaczynało się tam podobać.

@Cyril Meyer
Multikonta: Lottie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


Cyril Meyer

Ameryko, oddałem ci wszystko i jestem teraz nikim

19 y/o175 cm Main Street
Awatar użytkownika

kelner w The Bridge

Nędznie się czuję, daj mi spokój.

Twa maszyneria to dla mnie zbyt wiele.

w south haven od
urodzenia
Post post by Cyril Meyer (18 czerwca 2020, 21:56)
Gdyby był trzeźwiejszy i bardziej świadomy, być może już teraz zacząłby się zastanawiać nad konsekwencjami, bo taki był Cyril. Starał się wszystko wyprognozować, nawet jeżeli finalnie i tak miał miał wybrać najgłupszą opcję, bo wtedy mógł mieć dwie rzeczy naraz - mógł wpasowywać się w tłum i mieć kontrolę jednocześnie. Cyril zacząłby myśleć o tym, że każda gra kiedyś się skończy, że nadejdzie pora rozłąki, która być może nie będzie taka prosta, jak obaj by sobie tego życzyli, że łatwo było się pogubić i łatwo było zatracić granice, i łatwo było skrzywdzić. Ale przecież chodziło o to, żeby się krzywdzić, prawda? Żeby wyprać resztki uczucia, na które nie było już miejsca, żeby zwolnić przestrzeń, w której zalegały zbyt ciężkie wspomnienia o niewinnych pocałunkach i czułym dotyku. Skrzywdzić, ale przecież wcale nie bezmyślnie i barbarzyńsko, tylko w ten pełen gracji sposób, powoli nacinając naskórek, żeby przebić się przez kolejne tkanki mięśni, do kości lub narządów, a potem na wylot. Obustronna destrukcja, rozkosznie przeżerająca się przez mózg, powracająca potem tłumnie niegdyś tłoczonymi zawzięcie emocjami. Cyril pomyślałby o tym już teraz, gdzieś z tyłu głowy zacząłby martwić się na zapas, a potem dopiero brnąłby w to dalej, być może traktując tę całą grę jako jakiś kolejny eksperyment. Dokąd go zaprowadzi?
Theo miał to wszystko gdzieś, bo i tak żył z dnia na dzień. Poszedłby za Deanem i za Noelem pewnie też, choć może przy okazji pomyślałby coś o tym, że jest żałosny, ale to nie miałoby żadnego znaczenia, dopóki płacił i nie wyobrażał sobie zbyt dużo. A teraz zagrałby w każdą grę, przeciskając się gdzieś między tymi dwoma istotami złączonymi w jednym ciele, upychając Cyrila na dno, żeby nie odzywał się i nie przeszkadzał, i nie zawodził egzystencjalnym bólem, kiedy przecież liczyła się tylko zabawa, tylko kilka godzin rozrywki, której rozkład znał na pamięć, jak plan długo przygotowywanej podróży. I Theo chciał oddać się tej grze w całości, chciał naprzeć na nią z całej siły, chciał pomóc Cyrilowi przesunąć granice, chciał nie myśleć już o tym czy i jak bardzo rani. Dean był tylko facetem z klubu, miał ładną twarz i nosił drogie perfumy, a w portfelu nielimitowaną kartę kredytową, na którą nabijał kolejne chujowe alkohole. To w zupełności wystarczyło na teraz - na tę jedną noc i kilka ciekawych momentów, które pomogą jakoś wybić się z tego pieprzonego marazmu codzienności, w której ładni chłopcy gubili się i krążyli w kółko, jak nakręcane robociki.
I chyba faktycznie lubił takich jak on, bo mieli w sobie coś innego, co chyba było pragnieniem przeżycia czegoś więcej, niż kolejnego monotonnego ruchania w kabinie klubowej toalety. Bez żadnych niepoprawnie miłosnych podtekstów, ale też bez odbębniania na chama, dla odpukania jakiegoś - jak mogło się zdawać - nieznośnego obowiązku wpychania się wszędzie, gdzie dostrzeże choćby kawałek miejsca. I chyba lubił to, jak owijał w bawełnę, jak grał na zwłokę, i kręcił odrobinę, jak nie patrzył na niego, choć Cyril - Theo wiedział, że chciał tego najbardziej na świecie. Sam nie powstrzymywał się od wpatrywania się w całą jego sylwetkę, od końcówek rudych włosów, w które wplatał palce, poprzez odznaczający się na tle niewyraźnego tłumu kształt piegowatego nosa, żeby na moment zawisnąć na wargach, od których całowania wstrzymywał się desperacko tylko po to, żeby pierwszy raz zasmakowały naprawdę wyjątkowo. Pierwszy. Bo wyparł już Noela, choć ten migotał do niego czasami, wychylał się poza to deanowe opakowanie, wyglądał zza ramienia już pobłyskiwał w oczach. I w tych krótkich momentach, kiedy przez spojrzenie nieznajomego przemawiały do niego źrenice Sheltona, zamglony i zobojętniały wzrok Meyera miękł na moment, na drobne mikrosekundy, na krótką chwilę. Miękł, żeby zaraz znowu stać się surowym, choć pełnym pożądania, zimnym jak palce u dłoni i rozpalonym jak każdy centymetr, skrytego pod materiałem ubrań ciała.
A teraz pozwolił mu mówić i pozwolił przyciągnąć swoją twarz bliżej. Czuł jak jego oddech napiera mu na wargi, a słowa wtłaczają się powoli przez gardło, a nie przez uszy, wprost do mózgu. Palce dłoni, którą trzymał wciąż między jego nogami, zacisnęły się ostrożnie, ale stanowczo, wzrok próbował załapać ostrość na detalach jego twarzy, ale to nie było proste. Dotyk mężczyzny docierał do niego z opóźnieniem i falami, krótkimi uszczypnięciami przyjemnej elektryczności, kiedy badał jego ciało i zsuwał się w dół, a potem przez dziurę w spodniach, wzdłuż uda i jak rozchylał nogi. Ulegał temu biernie, mimika twarzy rosła i więdła, gubiąc się czasem w narkotykowym chaosie. Dolna warga wciąż drżała - nie miał nad nią kontroli, ale spojrzenie stopniowo zaczęło łapać ostrość, twarz Deana nabierała sensowniejszych kolorów i kształtów. I przez moment chyba faktycznie był wpół przytomny, zawieszony gdzieś między światem widzialnym oczami trzeźwych ludzi i swoimi, patrzącymi nieprzytomnie w źrenice mężczyzny. Motel, taksówka, samolot. Niespodziewany uśmiech rozjaśnił twarz; bardzo nietrzeźwy i bardzo szczery. W chwili zapomnienia pokręcił głową lekko głową. Poczuł jak dłoń Deana przesuwa się na brzuch, więc jego też przemknęła w końcu ku górze, żeby wesprzeć się wewnętrzną stronę o klatkę piersiową swojego rudego towarzysza. Nie powiedział nic. Zasługujesz na coś więcej, prawda? Wcale nie, Dean musiał wiedzieć o tym, że wcale nie, ale skoro chciał żeby tak było, to Theo też tak pomyśli, przez jedną krótką chwilę, na moment stanie się trochę jak tamten zbłądzony chłopaczek, wierzący w lepszą przyszłość. Na moment.
Wystarczająco długi, żeby na zetknięcie się ust powstrzymać się od pocałunku, zsunąć rękę z jego klatki piersiowej, odsunąć ostrożnie wzdłuż kanapy. Dłoń drżała, ale nie zwracał na to uwagi, sięgając po swojego drinka. Z roztargnieniem spostrzegł, że na dnie została jakaś mierna końcówka, zdecydowanie mniej, niż kiedy odstawiał go na blat, ale to nieważne. Spojrzenie skupiło się na resztce zabawnie niebieskiego alkoholu, który zatańczył wesoło, odbijając się od ścianek szklanki. Ułamki sekundy zajęło mu wysączenie tych nędznych ostatków, a potem ręka odstawiła szkło z powrotem - trochę zbyt gwałtownie, chociaż wciąż wolno, bo myślało i działało mu się nadal wolno i ciężko. Kilka zbyt płytkich i szybkich oddechów, a potem udało mu się dźwignąć na chwiejne nogi. Świat zawirował na moment, ale zupełnie to zignorował. Wzrok powrócił do siedzącego na kanapie mężczyzny, zamglone oczy wbijały w niego spojrzenie, na twarzy błąkał się jakiś błogo leniwy uśmiech. Przeszedł w ten sposób wokół stolika, żeby znowu znaleźć się przy nim, znowu znaleźć się blisko. Nachylił się nisko i ostrożnie nad jego uchem, dłoń pozwoliła sobie podeprzeć się na ramieniu. Wargi znowu muskały płatek, kiedy sylaby rozciągały się leniwie na języku.
- Ty wybierasz, co robimy, ale ja wybieram gdzie - to nie był szept, głos rozpadał się w wibrującym między nimi powietrzu. - Dzwoń po tę taksówkę i znajdź mi miętowe gumy. I tak muszę iść do łazienki - zakomunikował, zanim odsunął się gwałtownie, aż przez moment znowu cały świat zadrżał niepewnie. Ale tylko przez moment.
A potem robił to, co zwykle - szedł wzdłuż lepkiej ściany, wodząc po niej kontrolnie palcami, wpadał co jakiś czas na jakichś ludzi, męska toaleta wydawała się być zbyt daleko. O tej porze nie było kolejek, o dziwo żadna parka nie postanowiła także zabawić się wewnątrz. Myśl o Deanie świdrowała w tyle głowy, ale cierpki posmak alkoholu na języku wytrącał go z równowagi. Nachylił się nad muszlą, dwa palce powędrowały głęboko w gardło. Kilka zdecydowanych szarpnięć żołądka. Chciał pozbyć się wszystkiego, nawet jeśli większość tego zbyt drogiego drinka wychylił z jego szklanki ktoś inny. Do końca, do ostatniej kropli. Tak jak miał grać w ich grę.
Myślał o niej zmierzając w stronę wyjścia. O niej i o tych pieprzonych, miętowych gumach.
Zapomniał wspomnieć, że muszą być bezcukrowe.

@Noel Shelton

ztx2
Multikonta: nie mogę znieść samego siebie
Odwiedź Profil Wyślij PW

Odznaki


ODPOWIEDZ

Wróć do „Centrum Miasta”